DAWNE KINA ACF
Kino Bałtyk
Kino Fama
Kino Pałacyk
Kino Oskar
Sala Dziennikarz
Kino Atom
Mieściło się w jednym
z najbardziej reprezentacyjnych budynków Wrocławia - gmachu NOT.
To kino z
wieloletnią tradycją. Działał tu jeden z pierwszych Dyskusyjnych Klubów Filmowych.
Od dziewięciu lat kino premierowe. Komfortowe warunki projekcji zapewnia w pełni
amfiteatralna sala mieszcząca 300 widzów. Perełkowy ekran i dźwięk Dolby SR pozwalają
na uchwycenie wszystkich efektów filmu.
W dniu 01.05.2000 zarząd kinem "ATOM"
objęło Akademickie Centrum Filmowe. W pomieszczeniach kina powstała poczekalnia
z kawiarenką i nowe toalety. Podczas roku szkolnego na seansach przedpołudniowych
odbywają się zajęcia Młodzieżowej Akademii Artystycznej i Filmowej.
Odbywają
się tu również konferencje i inne imprezy okolicznościowe. W budynku mieszczą
się: pasaż handlowy i restauracja. Uwaga
długonodzy: polecamy - rząd 10. Kino zlikwidowane w dniu 30.04.2008r.
Kino w podróży – wywiad z Piotrem Weissem
Bywa, że jakiś człowiek jest uparty. I bardzo dobrze, bo gdyby nie upór pana Piotra Weissa, obecnie właściciela Akademickiego Centrum Filmowego mieszczącego się w kinie dworcowym, mieszkańcy Wrocławia przegapiliby pewnie niejeden doskonały film...
Krystian Kwaśniewski: Tematem naszego wywiadu jest „kino w podróży”, zanim jednak przejdziemy do meritum, chciałbym dowiedzieć się czegoś o początkach Pana kinowej pasji.
Piotr Weiss: Wszystko zaczęło się w siódmej klasie podstawówki, kiedy to zrobiłem uprawnienia „kinooperatora trzeciej kategorii”, które pozwalały mi na wyświetlanie filmów na taśmie 16mm (dziś już w Polsce nieużywanej). To był początek mojej przygody z kinem, to było coś, co zaraża – prawie śmiertelnie.
K.K.: A od kiedy zaczął pan samodzielną działalność?
P.W.: Moje pierwsze własne kino założyłem w Bardzie Śląskim i – jak to w górach – nosiło ono wdzięczną nazwę „Bałtyk”. Zanim jednak tam się znalazłem pracowałem z tak zwanym „kinem objazdowym”...
K.K.: A zatem zmierzamy w stronę naszego tematu. Było to kino podróżujące?
P.W.: Jak najbardziej. Instytucja taka funkcjonowała w Polsce aż do lat dziewięćdziesiątych. A wyglądało to tak, że pakowało się na samochód taśmy filmowe i sprzęt projekcyjny przenośny, po czym ruszało w trasę (w tym przypadku po Dolnym Śląsku). W tym czasie takie kina wykorzystywane były przez państwo jako narzędzie propagandy – wyświetlano np. relację z „któregośtam” plenum KC, a film fabularny pochodził zazwyczaj z krajów demokracji ludowej, i był to np. „Lenin w Poroninie”. Takich objazdowych zespołów było wówczas bardzo dużo – wyjeżdżało się w swoiste dwutygodniowe tournee.
K.K.: Musiała to być niesamowita przygoda, ale taka podróż nie była chyba w tamtych czasach prosta.
P.W.: Warunki dało się znieść, choć nieraz trzeba było budować ekran niemal od początku, w jakiejś wioskowej remizie, dźwigać ciężki kinowy sprzęt czy przespać się w stodole. Zdarzały się jednak dużo trudniejsze sytuacje. Jak wiadomo teren Dolnego Śląska zasiedlali po wojnie ludzie pochodzący ze wschodu, którzy nieraz tak ciężko nie cierpieli rozprowadzanej w filmach propagandy, że ekipa kina musiała nieraz szybko się z danej wsi ewakuować, by chronić życie przed widłami i innym niebezpiecznym sprzętem. A później trzeba się jeszcze było wytłumaczyć, dlaczego projekcja się nie odbyła – dla władz był to... sabotaż.
K.K.: Po kinie objazdowym i „Bałtyku” przyszła pora na własne miejsce we Wrocławiu. Przemierzył pan spory kawałek miasta razem z kinem...
P.W.: Moje pierwsze własne (choć tylko wydzierżawiane) kino znajdowało się na Psim Polu i miało nazwę „Fama”. Prosperowało ono bardzo dobrze, mimo, że po drugiej stronie ulicy znajdowała się parafia z dość wojowniczo nastawionym plebanem... W ogóle były to dobre czasy dla kina – jeśli po weekendzie było mniej niż tysiąc widzów z premierowego filmu, strach było podać raport, bo dystrybutor kręcił nosem. Dobra frekwencja pozwoliła nam na rozwój.
K.K.: Czyli na wyremontowanie nowej siedziby?
P.W.: Właściwie stworzenie od nowa, ponieważ stan Pałacyku, w którym już wcześniej prosperowało kino, wymagał od nas wymiany całej instalacji elektrycznej, foteli oraz zaślepienia okien, wcześniej zakrywanych... zwykłą szmatą. Warunki kinotechniczne były tam dość trudne, ale kompletnie to ludziom nie przeszkadzało – do tego stopnia, że kilka razy drzwi do kina zostały wyłamane, tak bardzo widzowie się do kina pchali, nawet na takie filmy jak... „Król Lew”. Poza prowadzeniem tego kina moja firma zajmowała się wówczas również dystrybucją i redystrybucją filmów na cały obszar Dolnego Śląska. I to przypomina mi historię filmu „Ksiądz”, który miał premierę jednego dnia w „Pałacyku”, kinie „Studio”, „Mozaice”, „Światowidzie” i w kinie „Warszawa”. I wszystko to za pomocą jednej kopii, którą cztery taksówki rozwoziły, po jednej rolce, między kinami, żeby nie było przerw w projekcji!
K.K.: Do tego stopnia film był popularny?
P.W.: Jego popularność nakręcała kościelna antypropaganda. W dniu premiery przed Pałacykiem pojawiły się różne delegacje, a na murze paliły się świeczki... Tak czy inaczej część pieniędzy z tego filmu (była to na tamte czasy naprawdę duża kwota) pozwoliła na stworzenie kolejnego kina - „Oskar”...
K.K.: ...do którego moje pokolenie chodziło oglądać filmy z Akademii Filmowej. Czy to kino też wymagało dużego nakładu pracy?
P.W.: To mało powiedziane. Ściany sali były tak brudne, że przed pomalowaniem trzeba je było szorować sodą, a na środku pozostał ślad po ognisku, wypalonym w parkiecie. Musieliśmy wymieniać instalację elektryczną, tynki, założyliśmy amfiteatr i zaślepiliśmy okna. Z Hali Ludowej udało nam się odzyskać fotele, które wyremontowaliśmy (koszt nowego fotela kinowego wynosił wówczas 1200 zł + VAT). Co więcej – kino „Oskar” było pierwszym we Wrocławiu kinem z systemem Dolby Digital.
K.K.: „Oskara” wspomina wielu moich znajomych jako doskonałe miejsce. Jednak mimo to stamtąd też musiał Pan odejść. Dlaczego?
P.W.: Nigdy nie zdarzyło mi się zamknąć kina z powodu braku widzów. Tym razem powodem odejścia były zbyt wysokie czynsze, które z powodu głupiego przepisu prawnego nie mogły zostać obniżone, mimo dobrej woli właściciela budynku – płaciliśmy wówczas za metr kwadratowy tyle samo, co sklep monopolowy...
K.K.: Stąd kolejna przeprowadzka – tym razem do „Atomu”?
P.W.: Nie do końca. „Pałacyk” i „Oskar” funkcjonowały przez pewien czas równocześnie, a kina „Atom” właściwie nie chcieliśmy – dostaliśmy je, ponieważ „Studio” nie mogło nam zapłacić za wypożyczane filmy. Jak się później okazało, był to szczęśliwy zbieg okoliczności, bo miasto nie zrobiło zupełnie nic, by pomóc nam utrzymać „Oskara”.
K.K.: A do tego „Atom” był miejscem bardzo klimatycznym, mimo ciasnych foteli.
P.W.: I zupełnie kiepskiej akustyki. To kino również musieliśmy doprowadzać do lepszego stanu. No a teraz zajęliśmy „Kino Dworcowe”. Wciąż nie jest to nasza własność i sala jest bardzo niewielka, ale to nie zniechęca widzów. „Kino Dworcowe” jest naszą kolejną przeprowadzką, a dla mnie osobiście również pewnym powrotem – to właśnie tu obejrzałem swój pierwszy film, czyli „Chatę wuja Toma”. Moje kino naprawdę zaczyna być „kinem w drodze”...
K.K.: Naprawdę myśli Pan o kolejnej zmianie miejsca? Jak na razie podczas swojej wędrówki z kinem wyremontował Pan pół Wrocławia...
P.W.: I wciąż szukam odpowiedniej sali, najlepiej własnej. I zapewniam wszystkich tych, którzy mi sprzyjają, a jeszcze bardziej tych, którzy nie sprzyjają, że do póki chodzę, będę miał swoje kino, nawet „wędrujące”.
K.K.: Tego też Panu życzę – myślę, że wychowa Pan jeszcze sporą, myślącą i wrażliwą publiczność. Dziękuję za wywiad.